Archive for the ‘Archiwa z Polskiej Prasy’ Category

Z archiwum SB. Czy Kapuściński albo Rosati mogli zaszkodzić innym?

Wednesday, July 11th, 2007

Od czasu do czasu pojawiają się opinie, że o aktach IPN nie warto pisać, gdyż była i jest to rzecz dla nas drugorzędna, a tacy Tajni Współpracownicy, jak Ryszard Kapuściński czy Dariusz Rosati tak naprawdę nikomu nie zaszkodzili. Czy to prawda?

Chciałbym przedstawić kopie kilku dokumentów z archiwum IPN, napisanych na podstawie donosów na mnie w latach 70. i 80. Donosów nie tylko ludzi zakwalifikowanych przez komunistyczną Służbę Bezpieczeństwa jako TW, ale także raportów osób uznanych przez SB jako “kontakty operacyjne” czy nawet takich, którzy nie byli ani TW, ani KO. Donosy te na pierwszy rzut oka mogą się wydać tak “niewinne” jak te, które pisał np. Kapuściński. Opiszę więc konkretne konsekwencje nie tylko dla tych, na których donosili TW i KO, ale także dla ich rodzin oraz znajomych.

CZYTAJ WIĘCEJ

Autor artykułu: Marek Ciesielczyk

Kraków jest już większy od Łodzi!

Tuesday, July 10th, 2007

I stało się. Łódź przestała być drugim pod względem liczby mieszkańców miastem w Polsce. Pozycję tę zajął Kraków, któremu na przełomie czerwca i lipca przybyło kilkuset obywateli więcej niż Łodzi (która liczy 757 tys. mieszkańców). Są to jeszcze nieoficjalne dane, a na ich potwierdzenie przez Główny Urząd Statystyczny trzeba poczekać do września.

- Jest to wiadomość emocjonalnie przykra, ale nie ma żadnego praktycznego znaczenia. W Krakowie od pół roku trwała akcja meldowania kogo się dało, po to, by na 750. rocznicę lokacji miasta odrobić dystans 10 tys. osób, dzielący ich od nas – mówi Kajus Augustyniak, rzecznik prezydenta Łodzi. – Łódź dynamicznie się rozwija. Wierzymy, że zwycięstwo Krakowa jest krótkotrwałe i wkrótce Łódź ponownie go wyprzedzi.


CZYTAJ WIĘCEJ

Autor artykułu:

Pewna tylko kasa

Thursday, June 21st, 2007

Do czerwca sądecka Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa miała czas na zdobycie terenów pod budowę Instytutu Sportu. Nie dotrzymanie tego terminu mogło sprawić, że przepadłoby blisko 6 mln euro obiecane przez Urząd Marszałkowski. Terenów oficjalnie nie przekazano, jednak, jak zapewnia wicemarszałek małopolski Leszek Zegzda, dotacja nie jest zagrożona.
– Te środki są zapisane na liście indykatywnej i nie ma dziś zagrożenia, że PWSZ je straci – mówi Zegzda. – Oczywiście, gdyby sprawa znacznie się przeciągała i warunki nie zostały spełnione, to wówczas może pojawić się znak zapytania. Dyskusji nie podlega jednak fakt, że wzmacnianie państwowych wyższych szkół zawodowych na terenie województwa jest jednym z priorytetów marszałka.
Przed tygodniem prezydent Nowego Sącza Ryszard Nowak i urzędujący jeszcze do końca sierpnia rektor PWSZ prof. Andrzej Bałanda podpisali list intencyjny, dotyczący współpracy także przy budowie instytutu. Po raz pierwszy oficjalnie zapisano w nim dotychczas słowne deklarację, że instytut ma powstać na terenach klubów sportowych Start i Dunajec.
– Nie zmieniłem zdania, nadal uważam, że ta lokalizacja jest najlepsza. Spodziewam się, że na początku lipca pod głosowanie radnych trafi uchwała o przekazaniu gruntów dla uczelni – zapowiada Ryszard Nowak dodając, że w liście jest furtka na wypadek kolejnych protestów ze strony działaczy i sympatyków klubów. – Sam zabiegałem o taki zapis. W ostatnim zdaniu listu znalazło się zapewnienie, że w razie społecznego sprzeciwu, miasto rozważy zmianę tej lokalizacji – mówi Nowak.
Tych sprzeciwów nie można wykluczyć. Prezes klubu Start Krzysztof Szkaradek mówi, że temperatura wokół sprawy wcale nie opadła.
– Jestem praktykiem i wiem, że oddanie naszych terenów pod instytut, to faktyczny koniec obu klubów – mówi Szkaradek. – Na razie czekamy na rozwój wypadków, trudno oficjalnie odnosić się do treści listu intencyjnego, o którym dowiedzieliśmy się ze strony internetowej Urzędu Miasta.
Krzysztofa Szkaradka dziwi fakt, że nadal nie ma ostatecznej odpowiedzi na kilka ważnych pytań. Przede wszystkim, czy teren obu klubów, o który walczy uczelnia, pomieści zapowiadane obiekty i co tak naprawdę ma zostać wybudowane.
– Nie możemy opracować ostatecznego projektu, nie wiedząc do jakiego terenu go dopasować – odpowiada rektor Andrzej Bałanda. – Nasi specjaliści twierdzą, że na terenach Startu i Dunajca można ulokować pełnowymiarowy stadion lekkoatletyczny. Zająłby on dzisiejsze boisko Dunajca wraz z odcinkiem ulicy Kościuszki.
W nadal wirtualnych planach PWSZ pojawia się jednak pewna korekta. Instytut rezygnuje z zaplecza hotelowego. Dziś wśród planowanych obiektów, obok wspomnianego stadionu wymieniane są: nowa hala, pływalnia, gabinety odnowy biologicznej, budynek dydaktyczny i boiska treningowe.
sławomir wrona

Autor artykułu:

Poselskie majątki

Wednesday, June 20th, 2007

Sądecki poseł Edward Ciągło wycenił swój 256–metrowy dom jak… garsonierę. W oświadczeniu majątkowym napisał, że budynek wart jest 100 tys. zł. Tyle kosztuje małe mieszkanko. Przyjrzeliśmy się złożonym niedawno oświadczeniom majątkowym sądeckich parlamentarzystów. Choć z sejmowej kasy pobierają całkiem przyzwoite wynagrodzenie, które wynosi obecnie 9669 zł i 80 gr miesięcznie oraz 2417 zł 45 gr diety, większość z nich nie ma imponujących oszczędności.
Edward Ciągło (LPR) oprócz wspomnianego dużego i taniego domu, ma dwie działki (72 ary), których wartość oszacował na 70 tys. zł. W rubryce odpowiadającej rocznym dochodom wpisał 116 tys. 037 zł poselskiego wynagrodzenia. Przyznał się też do posiadania dwóch samochodów. Oba to lanosy – rocznik 1989 i 2000.
Andrzej Czerwiński (PO) w ubiegłym roku przyznał się do posiadania 5 tys. oszczędności oraz do inwestycji w fundusze. Ponad 37 tys. zł ulokowane od ubiegłego roku w akcjach i 27 tys. w funduszu stabilnego wzrostu przyniosło zysk. W tym roku wartość jednostek uczestnictwa w funduszach, którym poseł powierzył swoje oszczędności, wynosi ponad 87 tys. zł. Andrzej Czerwiński mieszka w 120–metrowym domu. Jego wartość oszacował na 350 tys. Jest także właścicielem 33–metrowego mieszkania (wartość 150 tys. zł) i dwóch działek wycenionych na 45 i 35 tys. zł. Przez 12 miesięcy pełnienia poselskiej misji pobrał z sejmowej kasy ponad 115 tys. wynagrodzenia i prawie 29 tys. diet. Jeździ 7–letnim fordem mondeo i korzysta z debetu z limitem 20 tys. zł.
Limanowski poseł Bronisław Dutka (PSL) w kwietniu 2006 roku miał 10 tys. zł i 3 tys. euro oszczędności. Po roku ma 30 tys. złotych. Lokata w euro – bez zmian. Mieszka w 400–metrowym domu, którego wartość wraz 6,15–hektarowym gospodarstwem rolnym oszacował na 600 tys. zł. Ma także 55–metrowe mieszkanie wycenione na 200 tys. i osobną, niewielką parcelę wartą 10 tys. zł. W rubryce dochody wpisał 116 tys. poselskiego wynagrodzenia i 26 tys. 820 zł diet. W garażu posła stoją dwa fordy mondeo (roczniki 1993 i 2001).
Arkadiusz Mularczyk (PiS) w ubiegłym roku zaoszczędził 114 tys. 225 zł. Teraz ma 183 tys. zł oszczędności. Wartość swojego 48–metrowego mieszkania oszacował na 50 tys. zł. Ma też działkę wycenioną na 12 tys. Jako poseł zarobił 151 tys. 883 zł. Jeździ na zmianę fordem mondeo (1997 r.) i toyotą yaris (2002 r.).
Stanisławie Okularczyk (PO) przez rok ubyło oszczędności. Miała ponad 147 tys. zł, teraz ma 123 tysiące. Mieszka w 53–metrowym mieszkaniu wartym około 230 tys. zł. Ma także 20–metrowy garaż wyceniony na 32 tys. zł i garsonierę kupioną za 65 tys. zł do generalnego remontu. Przez rok zasiliła portfel kwotą 97 tys. 174 zł poselskiej pensji, 27 tys. zł diety. Sprawowanie mandatu to nie jedyne źródło dochodu posłanki. Blisko 16 tys. zł zarobiła na honorariach naukowych. Ministerstwo Rolnictwa wypłaciło jej w tym roku 55 tys. pensji. Jeździ renaultem megane i skorzystała z sejmowej pożyczki w kwocie 15 tys. zł.
Elżbieta Wiśniowska (Samoobrona) ma 10 tys. zł oszczędności, a z jej oświadczenia wynika, że nie ma własnego „M” ani domu. Zarobiła na mandacie 128 tys. zł plus 29 tys. w ramach diety. Jeździ mazdą z 2004 r. i rok młodszym bmw. Ma też dług w urzędzie skarbowym z tytułu podatku od sprzedaży mieszkania – 26 tys. zł.
Jedyny senator z Sądecczyzny – Stanisław Kogut (PiS) zaoszczędził 35 tys. 174 zł. Mieszka w 170–metrowym domu wartym 195 tys. zł. Na senackim mandacie zarobił 133 tys. 572 zł. Jeździ renaultem megane, rocznik 1998.
iwona kamieńska

Autor artykułu:

Żadna droga tu nie prowadzi

Wednesday, June 20th, 2007

Państwo Żeliszewscy z Librantowej od siedmiu lat nie mogą się doczekać remontu drogi i choćby małego mostku na potoku Łęgówka. Na nic zdało się monitowanie urzędów. Żeliszewscy zebrali już pokaźny plik podań i odpowiedzi urzędowych. Jednak w tej sprawie nie kiwnięto nawet palcem.
Nikt tutaj nie dojedzie
W razie pożaru lub nagłej choroby, karetka nie ma szans nie tyle dojechać na czas, ale w ogóle podjechać w pobliże domu – mówi pani Kazimiera. – Gdyby coś się, nie daj Boże, stało, to sanitariusze musieliby nieść chorego trzy kilometry do góry w stronę Librantowej, a i tamtędy droga jest pełna dziur – po deszczu płynie tamtędy potok. Jest jeszcze jedna możliwość.
Do państwa Żeliszewskich można się dostać od strony Koniuszowej. Jednak droga prowadzi donikąd, bo przecina ją potok Łęgówka. Nie ma na nim mostku, ani porządnej przeprawy w bród.
Ulewa zabrała przeprawę
Dawniej przejście i przejazd stanowiły wielkie betonowe płyty, ale każda większa ulewa i powódź zamieniała spokojny na co dzień potok w rwącą górską rzekę. Po ostatniej powodzi nie można tamtędy przejechać nawet samochodem czy traktorem.
Pani Kazimiera jest osobą niepełnosprawną, musi poruszać się o kuli, a i tak chodzenie sprawia jej wielką trudność.
– Jak tak dalej pójdzie to, możemy się nie doczekać tego przejazdu – mówi zrezygnowana. – Co rusz pieniądze są przesuwane na inne remonty i inwestycje. W tym roku ważniejsze okazały się plany budowy remizy w Librantowej. Kupiono już ziemię na ten cel. Wiadomo, że straż jest potrzebna, ale jak do nas dojedzie w razie, odpukać, nieszczęścia?
Pieniądze na remont i utrzymanie dróg gminnych, przepustów i mostów są w dyspozycji rad sołeckich.
Mamy za mało pieniędzy
– Budowa mostku przekracza możliwości sołectwa. Wystarcza jedynie na wymianę przepustu i bieżące naprawy. Jeślibyśmy dostali jakieś dodatkowe środki z gminy, to i dwa mosty możemy zrobić, ale to nie takie proste – powiedział Tadeusz Oracz, sołtys Librantowej. – Bardziej zasadne będzie wyremontowanie drogi z Wisyn w górę, bo tam powstają nowe domy. I w tym kierunku będziemy działać. Najsensowniej położyć będzie płyty kratkowe i korytka. Ale bez dodatkowych pieniędzy niewiele możemy zrobić
(raf)

Autor artykułu:

Żaba połknął żabę

Monday, June 4th, 2007

Bolesław Żaba, członek zarządu starostwa powiatu limanowskiego, właśnie przegrał w sądzie. Skarga, którą napisał do Ministerstwa Edukacji Narodowej, dotyczyła spornej działki w centrum Kasiny Wielkiej. Żaba chciał ją przejąć, czym wywołał wielkie zamieszanie w gminie. Społeczność Kasiny chciała bowiem, by na tej działce stanęło boisko sportowe.
Sprawę rozstrzygnął Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie – oddalił skargę złożoną przez Bolesława Żabę.
Mieszkańcy Kasiny Wielkiej odetchnęli z ulgą – wreszcie będą mieli prawdziwe boisko.
Własnościowe zamieszanie
„We wrześniu 2003 roku, do Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu wpłynął wniosek Bolesława Żaby dotyczący stwierdzenia nieważności orzeczenia ministra oświaty z 9 sierpnia 1960 roku o przejściu z mocy prawa na własność Skarbu Państwa zabudowanej nieruchomości (…) położonej w Kasinie Wielkiej stanowiącej własność Kolonii Wakacyjnych dla Uczennic Państwowego Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego w Krakowie” – czytamy w wystąpieniu do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie Mirosława Orzechowskiego, sekretarza stanu w MEN. „Stwierdzenie nieważności tej decyzji umożliwiłoby wnioskodawcy, czyli Bolesławowi Żabie, złożenie do Sądu Rejonowego w Limanowej wniosku o stwierdzenie nabycia własności tej nieruchomości przez Józefa Żabę (ojca Bolesława – przyp. red.), lub w drodze postępowania o stwierdzenie nabycia nieruchomości przez zasiedzenie”.
I oto chodziło Bolesławowi Żabie. Mieszkańcy Kasiny znali jednak sytuację i wielokrotnie powtarzali, że ojciec pana Bolesława nie miał do nieruchomości żadnych praw, a jedynie sprawował opiekę nad dworem i gruntami. Tak przed wojną, jak i w latach powojennych.
Starosta podaruje działkę?
– Skoro Skarb Państwa nadal pozostaje właścicielem działki, która została wydzielona z nieruchomości objętej wadliwym orzeczeniem ministra oświaty to MEN powinien uchylić powyższe orzeczenie – twierdził Bolesław Żaba. – W stosunku do tej działki nie powstały zatem nieodwracalne skutki prawne i możliwe jest przywrócenie stanu poprzedniego.
Władze gminy Mszana Dolna mając obok szkoły teren znakomicie nadający się na boisko sportowe, a od 47 lat będący własnością Skarbu Państwa, w maju tego roku ponownie wystąpiły do starostwa powiatowego w Limanowej o podarowanie działki na rzecz szkoły. Starosta Jan Puchała stwierdził, że nie może tego zrobić do czasu ostatecznego załatwienia sprawy przez Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Teraz jednak nie ma już takich przeszkód.
– Po długich latach, sprawiedliwość zawitała wreszcie do Kasiny Wielkiej – powiedział Zygmunt Kaletka, były radny gminy Mszana Dolna, wiceprezes OSP. – Z tymi działkami Żaby to był jeden wielki skandal. Wreszcie będziemy mieli pełnowymiarowe boisko sportowe imienia Justyny Kowalczyk.
jerzy wideł

Autor artykułu:

Gminne stypendia

Monday, June 4th, 2007

Nie ma dobrej pory na spotkanie ze studentami, gdy rozpoczyna się sesja egzaminacyjna, ale również nie ma złej pory na obdarowywanie studentów pieniędzmi, bowiem te są im zawsze potrzebne – mówił wójt gminy Grybów Piotr Krok. – Dlatego nie patrzymy kiedy odbywa się doroczne spotkanie z naszymi stypendystami. W tym roku pieniądze z gminnej kasy wygospodarowaliśmy akurat teraz. Jak na gminę to całkiem spora suma, bo prawie ćwierć miliona złotych. W naszym samorządzie od lat jest jednak pełna zgodność co do tego, że należy wspierać zdolną młodzież wywodzącą się z naszej ziemi, a zdobywającą wiedzę i kwalifikacje daleko od rodzinnych stron. Oczywiście stypendia są przyznawane studentkom i studentom osiągającym najlepsze wyniki. Ubiegający się o stypendia muszą więc podać, jaką uzyskali średnią ocen z egzaminów i zaliczeń w poprzedniej sesji. Przyznaję, że niektóre osoby wprawiają nas w zachwyt, bo na studiach trudno być prymusem równocześnie z wielu przedmiotów, a średnia to nic innego jak sumowanie wyników.
W tym roku na gminne stypendia studenckie zasłużyło aż 178 osób. Listę najlepszych otwiera Małgorzata Kurdziel, pochodząca z Ptaszkowej studentka Akademii Medycznej w Białymstoku, która legitymuje się średnią ocen 5,0. Anna Chronowska ze Starej Wsi studiuje w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Nowym Sączu i chlubi się średnią ocen 4,8. Sabina Mężyk z Ptaszkowej jest studentką sądeckiej PWSZ zaś Joanna Matuła z Binczarowej studentką Akademii Świętokrzyskiej i obydwie osiągnęły średnią ocen 4,7. Elżbieta Wojtarowicz z Florynki studiuje w PWSZ w Nowym Sączy i uzyskała średnią ocen 4,6. To są liderki, bo w odróżnieniu od kilku lat poprzednich w czołówce stypendystów zabrakło przedstawicieli płci męskiej.
(sś)

Autor artykułu:

Koniem do pożaru

Saturday, June 2nd, 2007

Kiedy ino usłyszę sygnał syreny strażackiej na remizie, to mi się serce rwie, by ruszyć z moimi druhami do pożaru – mówi blisko 80–letni Franciszek Zdebski z Męciny. – Jak człowiek widzi te nowe samochody strażackie i piękną remizę, to zaraz nachodzą mnie wspomnienia jakżeśmy tę męcińską staż budowali przez lata. Póki zdrowie pozwala, to chodzę na zebrania do remizy i nadal działam w Ochotniczej Straży Pożarnej, choć regulaminowy wiek czynnej służby wynosi 65 lat.
Na początku była kiwanka
Pewnego lipcowego popołudnia w 1947 roku na wezwanie Stanisława Galicy, w Domu Parafialnym zebrali się młodzieńcy w wieku 18 – 21 lat. Jak wspomina Franciszek Zdebski, Galica był człowiekiem wojskowym i walczył na froncie, więc młodzieńcy przez szacunek nie mieli prawa odmówić. Niejako na rozkaz Galicy powołali do życia Ochotniczą Straż Pożarną. Z grona założycieli do dzisiaj żyją: pan Franciszek, Stanisław Wójs, Julian Lupa, Stanisław Wójtowicz, Ferdynand Siciarz. Na ostatnią strażacką wartę odeszli: Mieczysław Jabłoński, Bronisław Smoleń i Karol Woźniak. Do dzisiaj Franciszek Zdebski z pietyzmem przechowuje pierwszą legitymację strażacką wydaną przez Starostwo Powiatu Limanowskiego 7 sierpnia 1947 roku.
– To moja najcenniejsza pamiątka z tamtych młodzieńczych lat – mówi. – Męcina wtedy i dzisiaj, to dwa różne światy. Po wojnie była bieda, dużo drewnianych domów i najczęściej zapalały się od piorunów. Kiedy trzeba było ruszyć do pożaru, strażak który akurat miał dyżur doczepiał swojego konia do wozu z kiwanką i jechał w góry na ratunek. Pierwszą naszą remizą był stary drewniany dom, położony, jak to nazywaliśmy, w dolinie u Krzyżaka.
Strażakiem być i nosić mundur to był zaszczyt i honor. W jej szeregach byli od początku ludzie różnych zawodów – rolnicy, pracownicy fizyczni, zawodowi strażacy pracujący w Limanowej, Nowym Sączu i sporo kolejarzy.
Pan Franciszek całe lata pracował w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Nowym Sączu. Najpierw naprawiał parowozy, a po ich wycofaniu ze szlaków kolejowych – lokomotywy spalinowe. Teraz jest na emeryturze, hoduje króliki i… wspomina. Szczególnie te lata, kiedy na jego oczach rosła Męcina, a najbardziej oddanym jej człowiekiem był Bronisław Smoleń – znany w latach 60. i 70. wytwórca kijów hokejowych. Był też dobrym gospodarzem i przede wszystkim energicznym działaczem społecznym. W 1992 roku w wieku 64 lat powalił go zawał. Miał wielu wrogów, ale też oddanych sobie ludzi.
– Co tu dużo mówić – wzdycha Franciszek Zdebski. – Gdyby nie Bronek Smoleń to nie byłoby takiej Męciny, jaką mamy dzisiaj. Wodociągi, kanalizacje, przystanek kolejowy Męcina – Podgórze i nowa remiza to wyłącznie jego zasługa. Dobrze, że jego syn Bronuś przejął wszystkie dobre cechy po swoim ojcu. Stary Smoleń był długie lata prezesem naszej straży, a od lat jest jego syn.
Smoleniowe czasy
Męcina – ludna wieś licząca 3,5 tysiąca mieszkańców, w latach 70. była za sprawą Bronisława Smolenia seniora często odwiedzana przez dziennikarzy. Bo w tej wsi czyny społeczne to był chleb codzienny. Pan Bronisław zwoływał ludzi do budowy dróg, kanalizacji, wodociągów. Drugim powodem były kije hokejowe. Grali nimi wszyscy polscy hokeiści na czele z reprezentacją. Wyposażał w nie również drużyny ze Związku Radzieckiego.
Doczekała się też Męcina, po sześciu latach budowy, okazałej remizy strażackiej oddanej do użytku w 1981 roku. Smoleniami Męcina słynęła i słynie, bo są tam dwa rody o tym nazwisku, nie powiązane więzami krwi. Obok nich, rozległymi koligacjami rodzinnymi mogą pochwalić się Krzyżakowie, Salomonowie, Tomaszkowie. Te rodziny zasilały szeregi strażackie.
– Do działania w straży namówił mi ojciec – mówi Bronisław Smoleń. – Siłą rzeczy strażakami są moi synowie Adrian i Paweł.
Nowa remiza powstała na polu Bitnerowej w centrum wsi. Na ten cel pieniądze wyłożył Bronisław Smoleń senior, ale do jej budowy wzięli się niemal wszyscy mieszkańcy Męciny.
– Woziliśmy jeszcze gorącą cegłę z cegielni w Bielowicach i od Chwaliboga – wspomina Franciszek Zdebski. – Robota szła.
Teraz budynek przeszedł generalny remont. Ochotnicza Straż Pożarna wzięła kredyt w wysokości 250 tysięcy złotych. Reszta potrzebnych pieniędzy pochodzi z kasy OSP. Strażacy oprócz boksów na samochody, resztę budynku wynajmują różnym instytucjom państwowym, prywatnym i gminnym. W remizie jest duża sala, która może pomieścić ponad 200 osób. Do remizy przychodzą czytelnicy biblioteki gminnej.
W boksach natomiast stoją wozy bojowe na czele z nowoczesnym iveco wyposażonym w sprzęt do ratownictwa drogowego, chemicznego i ekologicznego. Gospodarzem obiektu jest Grzegorz Krzyżak. Remiza to nie tylko straż, ale obiekt o ważnym znaczeniu dla życia kulturalnego i społecznego wsi. Ba, szefową Koła Gospodyń Wiejskich jest Danuta Smoleń, żona skarbnika OSP Edwarda.
Mamy też zmartwienia
– Rola ochotniczych straży się zmieniła, ale stara nazwa pozostała – mówi Bronisław Smoleń. – Dzisiaj jest mniej pożarów, a więcej zagrożeń innego typu, choćby wypadków drogowych. My jesteśmy do tego przygotowani i nasza OSP, jako jedyna w gminie Limanowa, jest od lat włączona do Krajowego Systemu Ratownictwa.
Bronisław Smoleń junior był radnym, długoletnim wiceprezesem powiatowych struktur OSP. Prezesem OSP w Męcinie jest od 1993 roku. Na pytanie czym jest dla niego działalność w straży odpowiada bez namysłu: – Obowiązkiem.
I wyjawia swoje zmartwienia.
– Ze 105 druhów naszej OSP, 30 jest aktywnych na co dzień – mówi. – Ale aż 20 wyjechało za chlebem do Irlandii. Jak jeszcze ktoś wyjedzie z tej trzydziestki, to zaczną się duże problemy. Chwała Bogu, że mamy też młodych junaków. Jedni pracują w zawodowych strażach, drudzy się uczą. Są świetni, a nawet najlepsi w kraju jak Mateusz Tomaszek, który zajął pierwsze miejsce w turnieju wiedzy pożarniczej.
W Męcinie trwają przygotowania do obchodów jubileuszu. Bronisław Smoleń zapowiada, że na pewno w przyszłym roku powoła do życia orkiestrę dęta. Są chętni, by w niej grać.
jerzy wideł

Autor artykułu:

Sesja ze zgrzytem

Thursday, May 17th, 2007

Gdy zamykaliśmy to wydanie „Gazety Nowosądeckiej” radni miasta Nowego Sącza przegłosowali odwołanie z prezydium wiceprzewodniczącej Teresy Cabałowej, szykowali się do odwołania drugiego wiceprzewodniczącego – Roberta Sobola i trójki przewodniczących komisji nie związanych z większościowym klubem PiS. Przewodniczący Rady Miasta Piotr Lachowicz przygotowywał się do złożenia dymisji.
Prezydium i komisje
Usterki w aparaturze nagłaśniającej zagłuszające wypowiedzi ratuszowych mówców niemal ciągłym zgrzytem, nie przeszkodziły w przeprowadzeniu sesji poświęconej tylko i wyłącznie sprawom personalnym, którą zwołano na wniosek radnych PiS. Chodziło o obsadzenie stanowisk w prezydium i przydzielenie funkcji w komisjach przedstawicielom klubu, który uzyskał niedawno większość w sądeckim parlamencie.
Za odwołaniem Cabałowej związanej z klubem Platformy Obywatelskiej – Porozumienia Sądeckiego, w tajnym głosowaniu opowiedziało się 14 rajców. Przeciwko głosowało ośmiu.
Krytykowali…
Zanim jednak na salę wniesiono urnę, z mównicy padły słowa krytyki pod adresem polityki klubu PiS.
– To wygląda na formę zapłaty: jesteś w grupie, która ma większość – będziesz miał o osiemset złotych większą dietę – komentowała niezrzeszona radna Zofia Pieczkowska. – Gdyby ktoś argumentował rzeczowo: ten przewodniczący źle spełnia swoją funkcję, mamy lepszego kandydata, zrozumiałabym wówczas taką argumentację. Oczywiście może ktoś powiedzieć, że tak jest wszędzie. Ale to nie mój sposób rozumowania. Dla mnie ważne są predyspozycje, zaangażowanie w pracę, a nie przynależność klubowa.
Lewica ma głos
W podobne tony uderzył jedyny przedstawiciel lewicy na sali – Kazimierz Sas. Zarzucił polityczną zdradę trójce radnych, którzy odchodząc z klubu PO–PS zasilili swoimi głosami Prawo i Sprawiedliwość.
– Jak to się dzieje, że trójka kolegów wybranych z listy PO: Elżbieta Chowaniec, Józef Bocheński i Antoni Rączkowski po paru miesiącach odchodzi, aby wesprzeć inny klub? W naszym kraju i mieście można sobie hasać z klubu do klubu i z partii do partii! To dla mnie fenomen, który stawia pod znakiem zapytania polityczną wiarygodność. Czy wyborcy, którzy oddali na tych radnych swój głos nie czują się dotknięci? – grzmiał z trybuny były poseł. Na koniec swojego wystąpienia pogratulował posłowi Arkadiuszowi Mularczykowi.
– PiS odzyskał władzę w mieście. Nie udało się w powiecie, nie udało się w województwie, ale w Nowym Sączu udało się. Gratuluję panie pośle – powiedział.
– Na jednej z pierwszych sesji sam proponowałem kandydatury kolegów z Prawa i Sprawiedliwości do prezydium. Żaden się nie zgodził. Skąd teraz taki pęd do objęcia stanowisk? – zastanawiał się Grzegorz Dobosz.
Po kilku przerwach (na których wspólnie z prawnikami debatowano, czy głosowanie tajne, nie poparte późniejszym – jawnym – jest prawomocne) miały się odbyć kolejne odwołania szefów kilku komisji: Józefa Hojnora (komisja infrastruktury), Kazimierza Sasa (komisja oświaty) oraz Teresy Cabałowej (komisja budżetowa).
(ik)

Autor artykułu:

Prawdziwy majątek ukryty w skale

Thursday, May 17th, 2007

Jeszcze w tym roku w gminie Korzenna może zostać uruchomiony kamieniołom pozwalający na pozyskiwanie kruszywa dla potrzeb własnych inwestycji i sprzedawanie części urobku, co przyniesie gminnej kasie konkretny dochód. Miejscem pozyskiwania kamienia ma być teren o powierzchni ok. 1,45 ha w Miłkowej. Tam przed laty mieszkańcy sami odsłonili pokład skalny, pozyskując niewielkie ilości kamienia dla własnych potrzeb. Teraz gmina Korzenna chce uruchomić wydobycie na większą skalę. Uruchomienie kamieniołomu muszą poprzedzić dokładne badania geologiczne, ale już teraz wstępne oględziny specjalistów sugerują, że jakość skały i wielkość pokładów pozwalają na snucie planów budowy własnego wyrobiska.
– Planujemy budowę nowych dróg w gminie i własny materiał na podbudowę będzie tu ogromnym ułatwieniem – mówi wójt Korzennej Leszek Skowron. – Dzisiaj jest taki bum inwestycyjny i problem z materiałem, że firmy, które budują drogi zaczynają sprowadzać budulec ze Szwecji. Chcąc kupić kruszywo choćby w pobliskich Klęczanach, trzeba się zapisać do długiej kolejki. W kamieniołomie w Miłkowej moglibyśmy pozyskiwać materiał taniej, bez kolejki i dodatkowo zarabiać na jego sprzedaży.
Gmina nie może samodzielnie prowadzić działalności gospodarczej, niezbędne jest utworzenie spółki prawa handlowego. Najprawdopodobniej byłaby to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością ze stuprocentowym udziałem gminy. Minimalny kapitał założycielski potrzebny do tego wynosi 50 tys. zł. Faktycznie jednak wydatki musiałyby być znacznie większe. Spółkę trzeba przecież wyposażyć przede wszystkim w sprzęt do eksploatacji kamieniołomu. – Na początek należałoby się liczyć z kwotą rzędu kilkuset tysięcy złotych – ocenia Andrzej Czernecki, zastępca wójta dodając, że gmina chciałaby jak najbardziej ograniczyć koszty związane z działalnością spółki. Dlatego planuje się do minimum zredukować wydatki osobowe.
– Trzeba będzie te środki znaleźć we własnej kasie, ale przy dzisiejszej koniunkturze, wszystko może się zwrócić w rok – dodaje wójt Skowron.
Wkrótce gotowy będzie wniosek o koncesję na rozpoznanie kopalin, a w ślad za nim pójdzie prośba o pozwolenie na eksploatację. O ile nic nie stanie na przeszkodzie, spółka będzie mogła rozpocząć działalność jesienią tego roku.
(wros)

Autor artykułu: