Polsko-żydowski świat nieprzedstawiony

May 16th, 2007

Odwiedzające Kraków wycieczki izraelskiej młodzieży od kilkunastu lat słyną z bezprzykładnego chamstwa, arogancji i brutalności. W zeszłym tygodniu wieści o tym dotarły do redakcji warszawskiego tygodnika “Przekrój”. Czyżby w polskiej prasie dał o sobie znać wzrost nastrojów antysemickich?

W “przekrojowym” tekście opisano przypadki napaści i pobić, jakich niejednokrotnie dopuszczali się ochroniarze izraelskich wycieczek przybywających z wizytą do “kraju-cmentarza?. Opisano również arogancję i chamstwo izraelskiej młodzieży, której ofiarą padli pracownicy polskich linii lotniczych i krakowscy hotelarze. Ci ostatni podjęli w konsekwencji bezprecedensową decyzję o zastosowaniu odpowiedzialności zbiorowej i w ogóle odmówili obsługiwania w przyszłości wycieczek z Izraela. Czyżbyśmy zatem mieli do czynienia z manifestacją powszechnie znanego ?polskiego antysemityzmu?? Setek milionów czytelników hiszpańskiego “El Pais”, amerykańskiego “The New York Times’a” nie wspominając o izraelskim “Haaretz” z pewnością nie trzeba co do tego przekonywać. Koń jaki jest, każdy widzi? I niewiele tu zmieni wątły głosik działającego w Tel Awiwie stowarzyszenia Żydów polskich, którzy podnieśli larum z powodu dostrzeżonych przez “Przekrój” ekscesów.

W moim przekonaniu prawdziwy problem nie tkwi w braku elementarnej kultury młodych Izraelczyków i ich (bezprawnie) uzbrojonych, nadużywających przemocy opiekunów. Nie tkwi także w ostentacyjnej pogardzie okazywanej polskim gospodarzom. Prawdziwy problem leży w konsekwentnej i z całą pewnością nie przypadkowej polityce władz Państwa Izrael wobec Polski. Jak zauważył w ?Przekroju? (oraz w wywiadzie udzielonym “Rzeczpospolitej”). Zimmermann z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie: ?Izraelczycy zasadniczo uważają, że Polacy nie są dla nich równymi partnerami. I nie chodzi o to, że nie potrafią ich dzieciom zapewnić bezpieczeństwa. Nie są równymi partnerami do jakiejkolwiek dyskusji. Dotyczy to także wspólnej i dzisiejszej historii oraz polityki. Efekt jest taki, że młodzież izraelska widzi w Polakach
ludzi drugiej kategorii, postrzega ich jako potencjalnych wrogów.” [podkreślenie moje ? MT]

Tak się składa, że opinię prof. Zimmermanna miałem okazję wielokrotnie zweryfikować na własnej skórze. Wycieczki izraelskich licealistów spotykam na krakowskim Kazimierzu niemal co dzień. Zaciekawiony w równym stopniu żydowską historią, co żydowską teraźniejszością, parę razy próbowałem nawiązać z nimi normalną, przyjacielską rozmowę. Taką, jaką bez większego problemu udaje mi się odbyć z turystami ze Skandynawii, Niemiec, Ameryki, Ukrainy, Francji, czy Hiszpanii. Ku swojemu zdumieniu, Izraelczycy za każdym razem traktowali moją wyciągniętą dłoń jako przejaw agresji. Pomimo mojego lekkiego, letniego ubrania, nieodmiennie postrzegali mnie, jak gdybym był zmierzającym do muzułmańskiego raju, obwieszonym trotylem bojownikiem Dżihadu…

Ale może trochę przesadzam? Może tak naprawdę powinienem być wdzięczny? Jak dotąd bowiem ? w odróżnieniu od pewnego Włocha – nie zostałem przez naszych gości pobity. Jak dotąd, nie skrępowano mi rąk plastikowymi kajdankami i nie wylądowałem twarzą w psich odchodach? Mówiąc krótko: na własnej ulicy wciąż mogę się czuć bezpiecznym.

Jakiś czas później dowiedziałem się, że izraelskie ministerstwo oświaty w specjalnej instrukcji zwraca się do młodzieży wyjeżdżającej do Polski celem na przykład wzięcia udziału w Marszu Żywych w słowach: “Wszędzie będziemy otoczeni przez Polaków. Będziemy nienawidzić ich z powodu udziału w zbrodniach”. Wyobrażacie sobie Państwo instrukcję dla polskich licealistów lub studentów, wybierających się do Izraela, w której członek polskiego rządu wzywałby do nienawiści do obywateli odwiedzanego państwa? Motywując tę ze wszech miar pożądaną postawę, powiedzmy, udziałem żydowskich komunistów w stalinowskich zbrodniach, albo gorliwą współpracą żydowskich policjantów z gett w hitlerowskiej eksterminacji ich własnych ziomków?

Poza opisanym wyżej, codziennym obliczem kontaktów polsko-izraelskich warto zwrócić uwagę, na kilka okoliczności. Po pierwsze: interesujące wydaje się samo istnienie podobnej instrukcji izraelskiego ministra. Po wtóre: warto przypomnieć trwające ponad dekadę, bezskuteczne zabiegi polskiego MSZ o ekstradycję stalinowskiego zbrodniarza, (podobno) zmarłego niedawno w Izraelu, Salomona Morela. Po trzecie – o czym pisałem w innym miejscu – fakt, iż jedyna napisana po hebrajsku i opublikowana w Izraelu książka na temat tysiącletniej historii Żydów w kraju nazwanym przez rabina Isserlesa “Paradis Judaeorum” (rajem Żydów) liczy sobie “aż” osiemdziesiąt(!) stron. Ostatni z wymienionych faktów warto porównać z setkami żydowskich publikacji, festiwali, instytucji i wydarzeń kulturalnych, które cieszą się w Polsce niesłabnącą popularnością. Mam wrażenie, że owe okoliczności stanowią niebagatelne, a zazwyczaj niedoceniane argumenty w dyskusji o stanie relacji polsko-żydowskich.

Przyznam, że nie mogę się oprzeć zdumieniu, ilekroć obserwuję w ową zaskakującą dysproporcję między światem przedstawionym (w mediach i oficjalnym życiu publicznym), a rzeczywistością tout court. Zastanawiam się, dlaczego swego rodzaju “zawodowi” specjaliści od dialogu, szermujący nieraz bardzo ostrymi zarzutami pod adresem Polaków (którzy – sądząc z wielu wypowiedzi, a nawet komiksów – w największej mierze ponoszą odpowiedzialność za Holocaust), nie kwapią się z uwzględnieniem owego kontekstu. Zachodzę również w głowę, dlaczego w podobnych sprawach nie wypowiadają się tak wytrawni intelektualiści i pisarze, jak prof. Paweł Śpiewak, Bronisław Wildstein, albo Tomasz Jastrun. Sądzę, że nie jestem jedynym, który chętnie zapoznałby się z ich opiniami na temat trudności w dialogu między Polakami, a Żydami.

Na rzeczywistość relacji między dwiema (trzema?) społecznościami w większym stopniu niż oficjalne okrągłe zdania, rytualnie wypowiadane przez najbardziej znanych polityków i publicystów, wpływają doświadczenia zwykłych ludzi. O prawdziwym potencjale solidarności Polaków i Żydów, lepiej niż artykuły prof. Szewacha Weissa, mówią oddolne inicjatywy zwyczajnych obywateli. To na podstawie tych doświadczeń można pokusić się o wnioski bardziej ogólnej natury. To one stanowią prawdziwy probierz intencji, nastrojów i możliwości. Kiedy niedawno w imieniu Fundacji Paradis Judaeorum ogłosiłem list otwarty do MSZ o podjęcie zdecydowanych działań prawnych przeciwko Pilar Raholi i dziennikowi “El Pais”, okazało się, że wśród ponad stu sygnatariuszy znalazła się tylko jedna osoba reprezentująca tak liczne w naszym kraju instytucje żydowskie. A przecież oficjalne zaproszenie wysłałem do wszystkich żydowskich stowarzyszeń i fundacji, które mienią się rzecznikami i animatorami polsko-żydowskiego dialogu?

Jakie z tego płyną wnioski? Po co o tym wszystkim wspominam? Otóż chciałbym powyższe uwagi zadedykować wszystkim, którzy tkwią w okowach stereotypów. W okowach uproszczeń często nie mających wiele wspólnego z rzeczywistością. A także tym, którzy podobnie jak niżej podpisany (nieraz wbrew dojmującym faktom) wierzą, że ludzi dobrej woli jest więcej. Mimo wszystko.

Obyśmy tylko mieli okazję dowiadywać się o tym trochę częściej. Nie tyle z telewizora czy z gazety, co z własnego doświadczenia.

Autor artykułu: Michał Tyrpa

Emocje w ratuszu

April 25th, 2007

Sądeccy radni zlekceważyli postulat sądeckich kupców, którzy prosili o odłożenie w czasie decyzji w sprawie przeznaczenia terenu przy młynie jezuickim na galerię handlowo–usługową. Odrzucono wniosek handlowców, aby najpierw rozeznać, jakie skutki dla drobnego handlu i dla komunikacji będzie miała lokalizacja galerii na podskarpiu, przy Bulwarach Narwiku.
Hipermarkety to temat, który od kilku tygodni nie schodzi z łamów lokalnych gazet i budzi wielkie emocje. Na naszych łamach kilkakrotnie informowaliśmy o wątpliwościach właścicieli sklepów usytuowanych w centrum miasta. Boją się nie tylko, że przegrają w konkurencji z handlowymi gigantami. Wytaczają także argument, że obecność dużych sklepów w śródmieściu może doprowadzić do zakorkowania miasta. Dlatego domagali się rzetelnego rozeznania tych problemów zanim dokona się zmiana w planie zagospodarowania przestrzennego, która zapali zielone światło dla inwestycji.
Ich postulaty wydawały się być z góry skazane na niepowodzenie, bo większość radnych miasta – podobnie jak prezydent i jego zastępca Jerzy Gwiżdż wyraziła już wcześniej poparcie dla pomysłu budowy galerii handlowej przy ul. Nawojowskiej. Trudno było się spodziewać, że dla kolejnej tego typu inwestycji samorząd i gospodarze Nowego Sącza powiedzą definitywne: nie.
Debatę nad zmianą planu zagospodarowania śródmieścia zaplanowano jednak na późne godziny wieczorne. Zanim się rozpoczęła na sesji omawiano kilka innych, równie ważnych problemów.
Radni przyjęli uchwałę o przeznaczeniu ponad 600 tys. zł, na ekspertyzę dotyczącą poszerzenia o dodatkową nitkę przeprawy na Dunajcu, która łączy dzielnicę Helena z centrum miasta. Chodzi między innymi o problem uciążliwych korków na starym moście, kwalifikującym się na dodatek do remontu. Nie obyło się jednak bez wątpliwości.
– Chcę zwrócić uwagę, że to nie most, lecz szerokość ulicy Krakowskiej jest problemem – mówił Józef Hojnor.
– Boję się, aby ta dodatkowa nitka nie była rozwiązaniem tymczasowym, za które zapłacimy 20 milionów złotych, bo lepiej w takim przypadku pożyczyć od wojska most pontonowy – powiedział Robert Sobol. – Mam też obawy, czy zdołamy zdobyć na tę inwestycję unijną dotacje. Dla decydentów przyznających fundusze to nie będzie priorytetowe zadanie z punktu widzenia organizacji finałów Euro 2012. Lepiej przyjąć od razu najgorszy dla nas wariant i zastanowić się skąd weźmiemy pieniądze.
Prezydent Ryszard Nowak zapewnił, że nie ma mowy o żadnym „tymczasowym rozwiązaniu” w przypadku budowy drugiej nitki mostu oraz przyznał, że podziela obawy Sobola, co do nikłych szans na uzyskanie dotacji.
– Nic na to nie poradzimy. Czy stać nas na most czy nie, musimy zabrać się do przygotowania tej inwestycji – powiedział.
Kolejnym gorącym tematem wczorajszej sesji była interpelacja Sobola, który domagał się likwidacji pomnika Żołnierzy Armii Czerwonej z Alei Wolności oraz tablic poświęconych „bohaterom w walce o socjalizm” spod pomnika sądeckiej Piety. Także w tym przypadku prezydent podzielił jego opinię. Obiecał „uporządkować te sprawy”. Więcej na ten temat w piątkowym wydaniu „Gazety Nowosądeckiej”
(ik)

Autor artykułu:

Od maja tylko w jednym kierunku

April 24th, 2007

W pierwszych dniach po długim majowym weekendzie zmieni się organizacja ruchu na odcinku ul. Żółkiewskiego w Nowym Sączu. Od skrzyżowania z ul. Grota–Roweckiego, do skrzyżowania z Grodzką, wprowadzony zostanie jeden kierunek jazdy. Fragment od Grota–Roweckiego do Limanowskiego pozostanie dwukierunkowy.
– Zmiana organizacji ruchu w tym miejscu, to po pierwsze efekt analiz natężenia ruchu, po drugie skutek dużej ilości wniosków kierowanych do nas zarówno przez mieszkańców ulicy Żółkiewskiego jak i przez kierowców – tłumaczy Grzegorz Mirek, dyrektor Miejskiego Zarządu Dróg w Nowym Sączu.
Przejazd ul. Żółkiewskiego w godzinach szczytu kiedy jeszcze trzeba się minąć z samochodem jadącym z przeciwka, rzeczywiście nie należy do łatwych. Podobnie utrudnione życie mają tam piesi. Powodem jest sznur samochodów zaparkowanych po obu stronach jezdni. Spory ruch w tym rejonie związany jest z działającymi w pobliżu: przychodnią lekarską, apteką, polikliniką i popularnym sklepem motoryzacyjnym. Żadna z tych placówek nie ma własnego parkingu, stąd pacjenci i klienci parkują wzdłuż ulicy. Ustawienie kilku doskonale widocznych zakazów zatrzymywania i wielokrotne policyjne akcje karania mandatami, nie przynosiły żadnego skutku.
– Bardzo często mieszkańcy kierowali do nas skargi w tej sprawie. Nie możemy przecież ustawić tam stałego posterunku tylko po to, by karać niewłaściwie parkujących kierowców – przyznaje nadkom. Andrzej Krok, naczelnik WRD KMP w Nowym Sączu. – To rozwiązanie, jakie zostanie wprowadzone w najbliższych dniach, jest w naszym przekonaniu właściwe.
Jeden kierunek ruchu na odcinku ul. Żółkiewskiego ma przynieść jeszcze jedną korzyść. Zakaz skrętu z ul. Grodzkiej sprawi, że oczekujące na skręt samochody, nie będą już blokować ruchu pomiędzy skrzyżowaniem pod DH Lach i centrum handlowym Europa II.
Obecnie, w godzinach szczytu jest to jeden z najbardziej zatłoczonych rejonów w mieście. Przejazd zaledwie kilku kilometrów od ul. Kunegundy do ul. Kilińskiego zabierał niejednokrotnie około 20 minut.
Dokładna data wprowadzenia tej zmiany nie została jeszcze ustalona. Jak zapowiada dyrektor MZD, na pewno nastąpi to wkrótce po długim weekendzie. Najbardziej prawdopodobne są 8 albo 9 maja.
(wros)

Autor artykułu:

Raj nad Kamienicą

April 24th, 2007

Będzie raj dla skate–manów, najmłodszych rowerzystów i… dla zakochanych. Już wkrótce miasteczko rowerowe i sąsiedni lasek Schwerteński przy ul. Nadbrzeżnej w Nowym Sączu mają się zupełnie odmienić.
Alejki do jazdy na rolkach i rowerach „wyjadą” poza granice miasteczka rowerowego i wjadą do lasku – parku, w którym przybędzie drzew, klombów, gazonów z kwiatami, ławeczek i nastrojowych lamp oświetlających nowy sądecki park.
Na dodatek nie trzeba ich będzie kupować – po prostu zostaną przeniesione z ulicy Jagiellońskiej i z rynku, gdzie planowany jest generalny remont z wymianą oświetlenia i dekoracji.
Te same lampy, które na deptaku są powodem ironicznych uśmieszków, bo oświetlają… niebo, na potrzeby parku wydają się być idealne.
Nieopodal lasku, w którym już sadzone są nowe drzewa zaplanowano królestwo dla amatorów akrobacji na deskorolkach.
Już w wakacje w miasteczku rowerowym ma „wyrosnąć” profesjonalnie wyposażony skate–park.
Młodzi sądeccy mistrzowie w zawodach zdalnie sterowanych modeli, którzy są dumą Młodzieżowego Domu Kultury, dostaną zaś do dyspozycji fachowy tor jazdy.
Rodzice i opiekunowie dzieci bawiących się w królestwie rozrywki przy ul. Nadbrzeżnej także nie będą musieli narzekać na nudę: administrator tego terenu zadbał już, aby mogli napić się kawy i zjeść coś w drewnianej altanie sąsiadującej z placem zabaw.
Będzie także cywilizowany parking! Do tej pory kierowcy musieli korzystać z prowizorycznych miejsc postojowych na „klepisku” wzdłuż ulicy.
Szczegóły wielkiej przemiany miasteczka rowerowego i lasku Schwerteńskiego omawiali w miniony piątek ci, od których wszystko zależy: wiceprezydent Jerzy Gwiżdż, dyrektor wydziału gospodarki Zbigniew Dmochowski, dyrektor Miejskiego Zarządu Dróg Grzegorz Mirek i szef działu inwestycji Dariusz Kmak.
W tej chwili nazwa „lasek” jest nieadekwatna do rzeczywistości. Miejsce pomyślane jako symbol współpracy Nowego Sącza z zagranicznymi miastami partnerskimi (między innymi z niemieckim Schwerte) jest zaniedbane, a drzewa w nim rosnące można policzyć na palcach. Wszystko ma się zmienić jeszcze przed pełnią lata.
– Po długim weekendzie przystępujemy do przygotowania miejsc parkingowych. Przed wakacjami chcemy zamontować urządzenia do skate–parku. Był pomysł, aby ten teren w całości ogrodzić, ale zrezygnowaliśmy z niego. Zamiast ogrodzenia będzie żywopłot. To ma być miejsce gościnne, otwarte dla wszystkich i o każdej porze. Musimy zaufać ludziom. Nie będziemy zamykać przed nimi parku – mówi wiceprezydent Jerzy Gwiżdż.
Koszt metamorfozy kompleksu rozrywkowego przy Nadbrzeżnej wyliczono na 150 tys. zł.
Najbliższą imprezą, jaka ma się tam odbyć będzie doroczny trzeciomajowy sądecki festyn rowerowy organizowany przez Antoniego Rączkowskiego. To właśnie on był autorem interpelacji wzywającej władze miasta do uatrakcyjnienia terenów przy ul. Nadbrzeżnej.
Miasteczko i lasek nie będą jeszcze 3 maja całkowicie odmienione, ale jest to ostatnia okazja, aby oglądać to miejsce w obecnej wersji.
(ik)

Autor artykułu:

Pod torami lepiej!

March 30th, 2007

Mieczysław Kosiński z Chomranic udowodnił władzom, że postępują wbrew przepisom obowiązującym w naszym kraju.
Pewnie by tego nie dokonał, gdyby się nie dowiedział, że jego dorobek życia zostanie naruszony. Co więcej, pan Mieczysław może całkiem zablokować budowę linii kolejowej Muszyna – Nowy Sącz – Piekiełko.
Podpowiada urzędnikom rozwiązanie problemu
– W ubiegłym roku Urząd Gminy w Chełmcu przysłał do sołtysa Chomranic i do Zarządu Dróg Powiatowych pismo o wyrażeniu zgody na poszerzenie drogi Chomranice – Tęgoborze – mówi Mieczysław Kosiński. – Chodziło niby o poszerzenie drogi, ale kiedy zapoznałem się z planami budowy okazało się, że mają mi zabrać spory kawałek mojego pola. Zacząłem więc badać sprawę i okazało się, że tę drogę chcą budować… naruszając przepisy. Ale nie muszą się przy niej upierać. Ja wszystkim urzędom podpowiadam lepsze rozwiązanie.
Droga Tęgoborze – Chomranice w planach zagospodarowania przestrzennego gminy Chełmiec i w planach władz powiatowych jest traktowana niemal jak najważniejszy trakt w tym rejonie. W razie ewentualnego zamknięcia mostu w Kurowie jest to jedyny objazd o charakterze strategicznym: cywilnym jak i wojskowym. Fragmenty tej drogi już wybudowano, z czego cieszy się miejscowa ludność. Teraz pozostał najtrudniejszy docinek skrzyżowania jej z torem kolejowym.
Nie wolno krzyżować dróg z przejazdami kolejowymi
– Wystosowałem pismo do wojewody, w którym piszę, że nie stosuje się on do zarządzeń ministra transportu – mówi Mieczysław Kosiński. – Zostało ono wydane przed paru laty po serii wypadków na przejazdach kolejowych. Zarządzenie wyraźnie mówi i wręcz zabrania krzyżowanie się dróg powiatowych i krajowych z torami kolejowymi jeżeli istnieje możliwość przeprowadzenia ich pod torami. A w Chomranicach można poprowadzić drogę pod istniejącym wiaduktem.
Zadziwiająca jest odpowiedź Urzędu Wojewódzkiego w Krakowie na to pismo. Dyrektorka wydziału Elżbieta Gabryś stwierdza w nim, że objęty pozwoleniem na budowę odcinek drogi nie obejmuje skrzyżowania z istniejącą linią kolejową (sic!), a zakres inwestycji zatwierdzonego projektu budowlanego kończy się… kilkadziesiąt metrów przed przejazdem kolejowym.
– Kwestie związane z technicznymi uwarunkowaniami realizacji skrzyżowania drogi z linią kolejową nie były analizowane i nie zostały w jakikolwiek sposób rozstrzygnięte – twierdzi dyrektor Elżbieta Gabryś.
Czy ta droga w ogóle powstanie?
Przejechaliśmy tę trasę. Od przełęczy w Zawadce jedzie się szerokim traktem po asfalcie i… nagle droga zamienia się w wąską, krętą, prawie polną, chociaż też asfaltową. Co prawda pociągi bardzo rzadko tędy jeżdżą, ale sygnalizacja świetlna ostrzega, że należy uważać.
Najciekawsze w tej sprawie jest pismo dyrektorki PKP w Krakowie Józefy Majerczak.
– Do chwili obecnej nie wpłynęła do nas żadna informacja dotycząca planowanej przebudowy drogi Chomranice – Tęgoborze na skrzyżowaniu z linią kolejową – stwierdza pani naczelnik dosłownie przed paroma tygodniami…

jerzy wideł

Autor artykułu:

Taksówki bez cen

March 28th, 2007

Klienta interesuje czy zamówiona przez telefon taksówka przyjeżdża natychmiast, lub czy jakiś wóz z „kogutem” zawsze jest przy postoju, a kierowca jest uprzejmy i skrupulatny w rozliczaniu wykonanej usługi. Dla urzędników ważne są inne kwestie.
– Przedsiębiorcy wykonujący transport drogowy osób czyli taksówkarze, nagminnie nie przestrzegają uchwały Rady Miasta Nowego Sącza w sprawie przepisów porządkowych związanych z przewozem osób oraz bagażu taksówkami – mówi Andrzej Górski, dyrektor Wydziału Komunikacji i Transportu UM w Nowym Sączu. – Takie poważne uchybienia zostały stwierdzone podczas kontroli, którą w ostatnich dniach prowadzili inspektorzy naszego wydziału na postojach taksówek.
Według słów dyrektora w szczególności stwierdzono: brak numerów bocznych na niektórych autach kursujących jako taksówki, nieposiadanie przez kierowców druku przepisów porządkowych do wglądu dla pasażerów, brak w pojeździe widocznej informacji o organie mającym rozpatrywać skargi i wnioski w sprawach świadczonych usług przewozowych, jak również brak informacji o stosowanych cenach.
Inspektorzy ujawnili również kilka przypadków jaskrawego naruszenia najistotniejszych przepisów, między innymi dwa przypadki wykonywania przewozów bez wymaganej licencji. To naruszenie prawa ma dla każdego taksówkarza–pirata wartość 3 tysięcy złotych – taka jest kara za brak dokumentu. W kilku przypadkach stwierdzono brak wpisów w dowodzie rejestracyjnym, że pojazd spełnia warunki techniczne jako taksówka. Niestety wielu taksówkarzy nie przeszło badań lekarskich potwierdzających ich sprawność do wykonywania zawodu.
(mm)

Autor artykułu:

Bajkowy świat ptaków dla zwykłych ludzi

March 26th, 2007

“Ptaki Polski” – Andrzeja Kruszewicza to dwa pokaźne tomy opisujące w sposób szczegółowy, a zarazem bardzo interesujący świat ptaków w Polsce.

Pierwszy tom wydany w 2005 roku okazał się bestsellerem. Wydawca, Oficyna Wydawnicza, a nawet sam autor nie przypuszczał, że taka książka może zainteresować tak wiele osób. No, ale cóż, widać wielu jest w Polsce miłośników ptaków. A może jest inny powód takiej popularności?

Przede wszystkim Andrzej Kruszewicz nie nudzi. Na rynku wydawniczym jest wiele pozycji, które opisują ptaki. Nie obrażając jednak nikogo, inne książki robią to w sposób za bardzo naukowy (czytaj nudny) i żaden czytelnik, którego wiedza z zakresu ornitologii jest “uboga” nie sięgnie po taką książkę. W wypadku “Ptaków polskich” jest inaczej.

Andrzej Kruszewicz stara się pokazać zwykłym ludziom niezwykły świat ptaków. Nie unika merytorycznego wstępu – na początku każdego z “biogramów” danego gatunku znajdziemy takie wprowadzenie. Pozbawione jest ono jednak “naukowego” tonu, z racji czego czyta się je jak rozdział dobrej książki przygodowej.

Poza tym prawie z prawie każdy ptakiem autor wiąże jakąś anegdotę, która ubarwia opis i sprawia, że poznawanie ptaków staje się nałogiem. Ot choćby przygoda z poznawaniem “lerków” (łac. Lullula arborea). – Lerki poznałem bliżej dzięki znalezieniu ich piskląt przez pewnego warszawiaka. Zabrał je do domu, nakarmił, napoił i zadzwonił do przyjaciół pochwalić się, że “uratował ptaszki”.

Ten trochę ironiczny, trochę prześmiewczy i dowcipny fragment świadczy także wyraźnie o pasji, z jaką autor traktuje ptaki i o trosce o to, aby żyły w naturalnym środowisku, a nie były traktowane jako jedna z ozdób mieszkania.

Każdy z opisywanych ptaków ma także swoją fotografię lub rysunek, dzięki któremu będziemy mogli dokładnie stwierdzić, co siedzi na drzewie koło naszego domu czy też jaki ptak przeleciał nam przed chwilą nad głową w parku.

Oba tomy zawierają również płyty CD, na których znajdują się wywiady z Andrzejem Kruszewiczem, znane z anteny radiowej Trójki, gdzie z pasją opowiada o ptakach wszystko, co chcielibyśmy wiedzieć. Poza tym w obu pozycjach znajdziemy również płyty zawierające trele prawie wszystkich znajdujących się w książce ptaków. Słuchanie ich to wspaniały koncert, który połączony z czytaniem o danym gatunku sprawia dużo radości.

Autor nie zapomniał także o instruktażu na wypadek, gdy ktoś zapałał chęcią obserwacji ptaków. Jak ich nie spłoszyć, gdzie można je najczęściej spotkać i czy zobaczymy je gołym okiem czy przy pomocy sprzętu. Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedź w tych książkach.

Książki z serii “Ptaki Polski” są dla każdego, kto interesuje się ptakami jak i dla tych, którzy dotychczas takiego bakcyla nie złapali. Bo po jej przeczytaniu na pewno pójdą zobaczyć, co tam w trawie piszczy i na niebie lata. Polecam.

“Ptaki Polski”

Andrzej Kruszewicz

Wydawnictwo Multicobooks

Tom 1 2005

Tom 2 2006

Autor artykułu: Tomasz Albecki

Będzie komenda!

March 17th, 2007

W Warszawie zrozumiano, że sądeccy policjanci nie mogą pracować dłużej w dramatycznej ciasnocie, rozrzuceni po kilku odległych miejscach miasta i używać do pracy sprzętu, który nadaje się do muzeum. W budżecie państwa zarezerwowano 35 mln zł na budowę nowej komendy dla naszych mundurowych.
Inspektor Bogdan Łukaszewicz, zastępca komendanta małopolskiej policji, który złożył wczoraj wizytę w Nowym Sączu obiecał, że w ciągu najbliższych trzech lat gmach komendy będzie gotów. Od chwili rozpoczęcia budowy przy ul. Grottgera dzielą nas zatem miesiące.
W tym samym czasie ma być wymieniany sprzęt – funkcjonariusze pożegnają się wreszcie ze starymi maszynami do pisania i z kilkunastoletnimi radiowozami, które w pościgu za przestępcą są bez szans. Z kilkumetrowych klitek, w których musieli mieścić się po kilku, przeprowadzą się do przestronnych, eleganckich pomieszczeń. Dostaną też szansę na systematyczny trening posługiwania się bronią palną.
– Ogłaszamy konkurs na projekt budynku, zaznaczając przy tym pewne wymagania. W nowej komendzie powinna koniecznie znaleźć się strzelnica, której nam brakuje i pokoje przesłuchań – oddzielne dla poszkodowanych i dla zatrzymanych. Musi być też areszt – mówi mł. insp. Witold Bodziony, komendant sądeckiej policji. Zaznacza przy tym, że planowana inwestycja, to z jednej strony wydatek – a z drugiej perspektywa oszczędności (nie trzeba będzie wydawać pieniędzy na ochronę kilku budynków), na znacznie sprawniejsze zarządzanie i zupełnie inną jakość obsługi petentów.
Decyzja o finansowaniu budowy komendy to dla sądeckich policjantów dobra wieść. Można ją traktować jako zasłużoną nagrodę. Mundurowi trzeci rok z rzędu zabłysnęli na tle innych jednostek w małopolskim garnizonie.
Podsumowali 2006 rok wykrywalnością przestępstw kryminalnych na poziomie 62.2 proc. – o ponad punktów wyższą niż średnia wojewódzka. Nie bez znaczenia jest także fakt, że w minionym roku liczba przestępstw spadła w naszym regionie o 18.9 proc.
Nie oznacza to, że funkcjonariusze mieli niewiele do roboty. Ogółem stwierdzono 8728 przestępstw (w tym kryminalnych 7400).
Największą plagą były kradzieże, włamania, wymuszenia rozbójnicze.
Wśród podejrzanych było aż 355 nieletnich. Nie próżnowali także gliniarze z „drogówki”. Zdarzyło się 391 wypadków. Nietrzeźwym kierowcom odebrano 827 praw jazdy.
Mechaniczny sojusznik sądeckiej drogówki – czyli fotoradar wyręczył funkcjonariuszy 3.5 tysiąca razy – tyle zdjęć wykonał. Uwiecznieni na fotograficznej kliszy sprawcy drogowych wykroczeń zapłacili łącznie 670 mandatów na kwotę 170 tys. zł.
(ik)

Autor artykułu:

Nie taki Nowak straszny

March 17th, 2007

Z prezydentem Nowego Sącza Ryszardem Nowakiem rozmawiamy o pierwszych stu dniach kadencji.
– Niemal na dzień przed upływem symbolicznych stu dni prezydenta Ryszarda Nowaka, Sąd Apelacyjny potwierdził legalność wyboru, odrzucając protest wyborczy Platformy Obywatelskiej. To dla Pana ważne rozstrzygnięcie?
– Oczywiście, że ważne. Nie ukrywam jednak, że od momentu kiedy objąłem stanowisko prezydenta, niespecjalnie śledziłem przebieg tego procesu. Unikałem też komentarzy, ale teraz mogę przyznać, że nie dziwi mnie złożenie protestu przez PO. Różnica głosów (zaledwie 47 – red.) rzeczywiście była niewielka. Po prostu skorzystano z dostępnego prawa.
– Zupełnie beznamiętnie podchodzi Pan do tego rozstrzygnięcia?
– Miałem pewien dyskomfort, trudno lekceważyć ważną sprawę kwestionowania wyniku wyborów. Na pewno lepiej jest nie mieć z tyłu głowy myśli, że taki proces trwa. Mówiąc jednak szczerze, nie spodziewałem się innego finału. Moje doświadczenie pozwoliło mi przywyknąć do takich sytuacji. Startując na posła w ostatnich wyborach, przegrałem 161 głosami. Sam nie złożyłem wówczas protestu, choć wielu mnie do tego namawiało. Pamiętajmy, że była to skala całego okręgu wyborczego, w którym oddano na PiS w sumie 93 tysiące głosów.
– To nie koniec procesów. Trwa rozpatrywanie doniesienia do prokuratury złożonego w przeddzień wyborów prezydenckich przez PO o rzekomych nieprawidłowościach w pańskim biurze poselskim. Jest złożony niejako w odpowiedzi Pański pozew o ochronę dóbr osobistych przeciwko A. Czerwińskiemu. Tymczasem po ostatnich wydarzeniach w sejmiku nie uniknie Pan rozmów z PO. Będzie trudno?
– Nigdy nie byłem przeciwnikiem rozmów z PO. Sprawy osobiste, w tym przypadku mój prywatny pozew cywilny, nie mają nic wspólnego ze sprawowaną przeze mnie funkcją prezydenta.
– Kiedy spotka się Pan z Andrzejem Czerwińskim i porozmawiacie jak dwaj koledzy z byłego zarządu miasta?
– Spotykamy się dość często i nasze relacje są już inne. Ta sprawa na pewno na nich ciąży i pewnie nie będziemy rozmawiać tak, jak kilka lat temu. Rozumiem jednak, że pan Czerwiński jako poseł ma określone wpływy, możliwości i chce wspierać inicjatywy związane z Nowym Sączem. To nie ma chyba nic wspólnego z tym, co jest prywatnie między nami.
– Inny z kolegów z dawnego zarządu miasta został teraz wicemarszałkiem małopolski. W tej niegdyś koleżeńskiej relacji również nastąpiło ochłodzenie?
– Nie. Jeśli chodzi o kontakty z Leszkiem Zegzdą, to ostatnimi laty nie były jakieś szczególnie bliskie, bo też nie mieliśmy wspólnej płaszczyzny działania. Natomiast Leszka Zegzdę znam nie tylko z pracy w zarządzie, ale jeszcze z naszej wspólnej działalności politycznej sprzed wielu lat. Znam jego charakter, wiem jakie są jego dążenia i oczekiwania. Nie mam wątpliwości, że jest to człowiek uczciwy, który na pewno, jeśli tylko będzie mógł, będzie rzetelnie wspierał inicjatywy ważne dla Nowego Sącza i regionu. Nie sądzę, by polityczne wydarzenia w sejmiku z ostatnich tygodni, miały jakikolwiek wpływ na naszą współpracę.
– Wróćmy teraz do pierwszych godzin kadencji Ryszarda Nowaka. W eksposee złożył Pan kilka bardzo konkretnych obietnic. Nikt nie spodziewał się, że zostaną spełnione w 100 dni, ale niektóre wydają się nieco zapomniane. Darmowy internet miał zostać uruchomiony w mieście do końca 2007 roku. Będzie?
– To nie jest temat zapomniany. Bardzo intensywnie nad tym pracujemy. Powołałem zespół fachowców i ten zespół przygotował analizę dostępu do internetu w skali kraju. Są tam przykłady podobnych przedsięwzięć w innych miastach. Mogliśmy dzięki temu przeanalizować koszty, możliwości techniczne i wybrać najkorzystniejszą dla nas opcję.
– Nadal jest Pan optymistą jeśli chodzi o datę uruchomienia?
– Nadal jestem optymistą. Powiem szczerze i uczciwie – gdybym chciał zrobić to po łebkach, jak nazywałaby takie działanie moja mama, to ten internet już by funkcjonował. Wybieram jednak nie najprostszą ale najlepszą drogę. Rysuje się szansa na to, że powstanie duże przedsięwzięcie związane z internetem. Będzie to jeden z elementów, który wpisuje się w przedsięwzięcie nazwane Miasteczko Multimedialne. Żeby je uruchomić, musimy albo zaangażować własne środki, albo środki potencjalnych partnerów. Niedługo pojawią się konkrety.
– Zapowiadał Pan również emisję obligacji, jako narzędzia otwierające dostęp do pieniędzy na remonty dróg.
– Ten pomysł nie jest ani odrzucony, ani zapomniany. Na razie koncentrujemy się jednak na tym, żeby pozyskać środki, które u nas pozostaną i nie będziemy musieli ich oddawać. Proszę pamiętać, że obligacje to jednak forma pożyczki i traktuję je jako ewentualny pomysł na realizację inwestycji, których nie uda się zrealizować ze środków własnych. Nie wiem czy wrócimy do tego pomysłu.
– Kolejna zapowiedź dotyczyła powrotu pielęgniarek i gabinetów stomatologicznych do szkół.
– Kiedy mówimy o zdrowiu, koncentruję się głównie na profilaktyce. Przy okazji Dnia Kobiet w Nowym Sączu zorganizowałem akcję profilaktycznych badań dla pań. Na takiej zasadzie będziemy funkcjonować. Jeżeli chodzi o młodzież, to nie chciałbym mówić o stałej opiece stomatologicznej, bo to wydaje się dziś nierealne.
– Zapowiadał Pan jednak wyraźnie powrót gabinetów stomatologicznych do szkół.
– Nie gabinety, tylko profilaktykę stomatologiczną. To zresztą jest w moim programie wyborczym i można sprawdzić. Ważne jest natomiast, żeby przynajmniej na tym początkowym etapie, dzieci i młodzież została pod tym względem przebadane. Ważne jest, żeby nie czekać na rozwój chorób i leczyć dzieci od razu.
– Zapowiedział Pan również sztandarową imprezę promującą miasto. Jest już pomysł?
– W tym roku przekonamy się co do tego, że uda się zorganizować wiele imprez. Sezon wiosenno–wakacyjny będzie bogaty w różnego rodzaju wydarzenia.
– Takie pojedyncze imprezy odbywają się co roku. Pytam o zapowiedziane wielkie wydarzenie, które przyciągnie do miasta rzesze gości.
– Taka impreza może się odbyć, kiedy wiemy już w jakim terminie, przy jakiej okazji, co chcemy zaprezentować i ile to kosztuje.
– Nie ma jeszcze odpowiedzi na te pytania?
– Nie ma wątpliwości, że taka impreza dużo kosztuje, a w tym roku nas na to nie stać.
– Czyli pierwsze sto dni weryfikuje listę zapowiedzi z kampanii i prezydenckiego eksposee?
– Nie ma wątpliwości co do tego, że realizacja tego programu nie będzie łatwa. Co do weryfikowania, jeżeli jest dobra wola, jeżeli jest zaangażowanie tych, którzy decydują o budżecie czy o atmosferze, to wtedy lepiej się współpracuje. Nie chciałbym działać na przekór na przykład radnych. Chcę ich włączyć w te działania, chcę im uzmysłowić, że tu nie chodzi o działanie prezydenta, ale o pracę na rzecz miasta –działanie wspólne. Moim celem nie jest to, żeby jedno czy drugie zapisywać sobie jako sukces.
– Jednak by w ogóle odnosić sukcesy, przyda się prezydentowi silne zaplecze w radzie, o które w ostatnich dniach trwa walka. Czy tak?
– Od kilku dni żyjemy w nowej rzeczywistości. Zmienił się układ w Radzie Miasta. Klub PO – PS, który był najliczniejszy, plus dwoje radnych niejako przypisanych do tego klubu, stanowiło większość. Dzisiaj jest inaczej. To nie są – proszę mi wierzyć – jakieś zakulisowe działania prezydenta, choć poczytuję to sobie jako swój sukces po stu dniach. Znaleźli się radni, którzy nie chcą być w opozycji do prezydenta na zasadzie „nie, bo nie”. Ci radni przekonali się pewnie co do tego, że Nowak nie jest taki straszny jak go malują, chce robić rzeczy dobre. Cieszy mnie to i odbieram to jako sygnał, że z tą radą będzie można dobrze współpracować przez najbliższe lata.
rozmawiał sławomir wrona

Autor artykułu:

Skazani za narkotyki

March 16th, 2007

Wczoraj Sąd Okręgowy w Nowym Sączu wydał wyrok w trwającym od ponad roku procesie 15 młodych ludzi, przeważnie mieszkańców Sącza i okolic, oskarżonych o działanie w zorganizowanej grupie przestępczej, kontrolującej sądecki rynek narkotykowy w latach 1999 – 2004. Grupa ma na swym koncie również przemyt amfetaminy do Norwegii, a także rozboje i pobicia – pięścią wymuszano posłuch wśród dilerów i karano dłużników.
– Odebraliśmy na tej sali spontaniczne, nieplanowane wcześniej świadectwo matki jednego z pokrzywdzonych, która opowiedziała o bezmiarze tragedii, jaka wynikała z tego, że jej dzieci zaczęły zażywać środki odurzające wprowadzane do obrotu na terenie Nowego Sącza przez panów oskarżonych – powiedział sędzia Jacek Gacek.
Główny oskarżony, Tomasz G. ps. „Tomera” (33 lata, z zawodu murarz–tynkarz), który w latach 90. odnosił sukcesy na ringu bokserskim, otrzymał 10 lat więzienia i to przy uwzględnieniu okoliczności, że miał ograniczoną zdolność pokierowania swoim postępowaniem w momencie popełnienia przestępstw.
Założyciele grupy: Sebastian W. i Piotr K. – na których ciążą już wieloletnie kary pozbawienia wolności z procesów Władysława Ch., ps. „Al Capone” – otrzymali odpowiednio 6 i 5 lat więzienia. Zaliczanych do ścisłego kierownictwa grupy: Macieja Z. i Michała S. sąd skazał na 8 i 5 lat więzienia.
Rezydent grupy w Oslo i pomysłodawca przemytu amfetaminy do Norwegii, Sebastian Ż., ma do odsiadki 9 lat. Pozostali oskarżeni: dilerzy narkotyków w Sączu oraz kurierzy amfetaminy do Skandynawii, dostali od półtora do trzech i pół lat więzienia. Wyrok jest nieprawomocny, należy się spodziewać apelacji większości skazanych.
Ogłoszenie wyroku, wraz z jego ustnym uzasadnieniem, trwało 3 godziny, aż przewodniczący składu orzekającego, sędzia Jacek Gacek ochrypł zupełnie.
Proces, co się zowie
Ta sprawa z kilku powodów była nietuzinkowa. Przede wszystkim rekordowa była liczba „panów oskarżonych”, jak podsądnych tytułował Wysoki Sąd, a także ilość zgromadzonego materiału dowodowego.
– Zebraliśmy 63 tomy akt, przesłuchaliśmy ponad stu świadków, dopuściliśmy na tej sali dowody z kilkudziesięciu akt innych spraw prowadzonych przed sądami i prokuratorami. Wszystko, aby ustalić okoliczności kluczowe dla przedmiotu tego postępowania – podkreślił sędzia Gacek.
Oddał hołd tytanicznej pracy prokuratora Kazimierza Piszczka, który podpisał się pod aktem oskarżenia, a potem na sali sądowej skutecznie bronił zarzutów.
– Materiał dowodowy zebrany na etapie postępowania przygotowawczego był bardzo szeroki i wielowątkowy, co pozwoliło sądowi procedować bez zakłóceń w ciągu tych kilkudziesięciu rozpraw – mówił przewodniczący składu orzekającego, dodając, że zawsze tego rodzaju sprawę można przeprowadzić lepiej, na co zwracali uwagę „panowie oskarżeni” w swoich mowach końcowych. Prokurator ze swej strony zapewnił, że wiele wątków jeszcze „pociągnie”. Spora ilość materiału z tej sprawy została wyłączona do odrębnego postępowania.
O co ten proces?
Podstawowy zarzut postawiony piętnastce oskarżonych dotyczył wprowadzenia do obrotu na terenie Nowego Sącza znacznych ilości środków odurzających (co najmniej 10 kg marihuany i mniejszych ilości haszyszu, LSD i innych), a także wywóz za granicę środków odurzających (co najmniej 10 kg amfetaminy przemycanej w oryginalnie zapakowanym kartonie z sokiem oraz gaśnicach samochodowych).
– Czyny, które zostały przypisane oskarżonym, były w szczególnie wysokim stopniu społecznie szkodliwe. Szkodziły organizmowi, jakim jest społeczeństwo miasta Nowego Sącza – mówił sędzia Gacek.
Wymierzając surowe wyroki, sąd brał pod uwagę wymiary tragedii spowodowanych działalnością oskarżonych w zorganizowanej grupie przestępczej, jakie zdarzyły się w rodzinach sądeckich.
„Firma” to nie zespół muzyczny
Pierwsze pytania, na które musiał sobie odpowiedzieć sąd, brzmiały: czy w Nowym Sączu rzeczywiście istniała zorganizowana grupa przestępcza, czy miała charakter usystematyzowany i zorganizowany, a także w jakim zakresie poszczególni oskarżeni do tej grupy należeli. Na to pytanie sąd odpowiedział twierdząco. Przesłuchani świadkowie jednoznacznie stwierdzili, że istniała grupa, która miała określoną nazwę i hierarchię. Byli dilerzy ustawieni w niej niżej i wyżej, były ściśle określone zasady jej funkcjonowania. – Grupa działająca na terenie Nowego Sącza miała wręcz modelowy i podręcznikowy charakter, o czym przekonały nas wyjaśnienie chociażby oskarżonego Sebastiana W., który wiarygodnie opisał, w jaki sposób tę grupę zakładał i dlaczego nadał jej nazwę „Firma” – postawił kropkę nad „i” sędzia Gacek. Wysokiego Sadu nie przekonały próby udowadniania przez oskarżonych, że „Firma” nie była zorganizowaną grupą przestępczą (przeprowadzającą swoje zebrania na ławce osiedlowej przy ul. Broniewskiego w Nowym Sączu), lecz… zespołem muzycznym działający na terenie Krakowa. – Niewątpliwe taki zespół istnieje – przyznał sędzia Gacek. – Oskarżeni dołączyli nawet do akt sprawy płytę tego zespołu, niemniej sąd dał wiarę wyjaśnieniom oskarżonego Sebastiana W., że „Firma” oznaczała nazwę zorganizowanej grupy przestępczej funkcjonującej na terenie Nowego Sącza.
Sąd dał też wiarę wyjaśnieniom Tomasza G., który powiedział o czymś w rodzaju przysięgi, obietnicy, zobowiązaniu, które w uroczysty sposób odebrał od niego Sebastian W. przed udaniem się na przymusową emigrację do USA wraz z bratem „Ala Capone” Ryszardem Ch. Stało się to, gdy zaczął im się palić grunt pod nogami z powodu serii napadów na sądeckie plebanie.
Bossowie i płotki
Pierwszymi kierownikami grupy, a także jej założycielami, byli wspomniany Sebastian W. oraz Piotr K., do czego zresztą obaj się przyznali.
– Kolejna osobą, która kierowała grupą, był Tomasz G. – stwierdził sędzia sprawozdawca. Pojawiały się wątpliwości co do tego, kiedy sława sądeckiego kickboxingu przejęła ster rządów w bandzie. Sąd uznał, że stało się to w czerwcu 2000 r., jeszcze przed wyjazdem Sebastiana W. do Stanów. Podczas wspólnego wypadu do Krakowa po kolejną partię narkotyków, Sebastian W. uroczyście namaścił boksera na szefa narkotykowego interesu.
Kolejną osobą, która pojawiła się w kierownictwie grupy, był Michał S. Z określeniem jego roli sąd miał duży kłopot, ale i z tym sobie poradził, uznając, że Sebastian W. zlecił mu kontrolę funkcjonowania grupy. – Koncepcja Sebastiana W. świadczy z jednej strony o jego inteligencji, a z drugiej o przestępczym wyrafinowaniu. Polegała na zderzeniu osobowości – tłumaczył Wysoki Sąd. Michał S., jako doświadczony recydywista poważany w półświatku, miał czuwać nad poczynaniami dynamicznego, choć jeszcze nieopierzonego Tomasza G. Pomysł się sprawdził. Ten tandem bez większych zgrzytów działał do października 2004, odnosząc liczne sukcesy. Do chwili, gdy funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego „przykryli” płotki i grube ryby sądeckiego narkobiznesu.
Dopóty dzban wodę nosi…
Można by jeszcze długo cytować ustne uzasadnienie wczorajszego wyroku. Powinna to być obowiązująca lektura w sądeckich szkołach, gdyż ten wyrok jest ostrzeżeniem dla młodzieży spragnionej łatwego życia. Łatwo się zarabia na handlu „marychą” w dyskotece lub klubie, ale ta zabawa zawsze ma swój kres. Szkoda, że naśladowcy „Tomery” i spółki nie widzieli wczoraj w sądzie min swoich idoli…
W tej sprawie wątki tragiczne przeplatają się z humorystycznymi. Śmieszna jest historia z volkswagenem skradzionym sprzed Europy II, gdzie doszło do strzelaniny między gangiem „Tomery”, a konkurentami z „Pekinu” (właściciel auta zostawił kluczyki w drzwiach). Grozą napawa natomiast historia skatowania nad Dunajcem przez „Tomerę” i resztę drobnego dilera, winnego grupie 60 zł za trzy działki marihuany.
henryk szewczyk

Autor artykułu: